Rankingi szkół jako ukryty regulator systemu edukacji
Dlaczego rankingi szkół mają taką siłę rażenia
Rankingi szkół w Polsce z ciekawostki medialnej stały się jednym z głównych nieformalnych narzędzi zarządzania systemem edukacji. Dla rodziców są „kompasem” przy wyborze szkoły, dla uczniów – wyznacznikiem prestiżu, dla samorządów – powodem do dumy lub wstydu, a dla dyrektorów – codziennym źródłem presji. Często to właśnie miejsce w rankingu, a nie treść reformy, decyduje o tym, jakie decyzje zapadają w szkole.
Im silniejsza konkurencja między szkołami, tym większe uzależnienie działań dyrektorów od wskaźników rankingowych. Zamiast pytać: „czy to jest dobre dla rozwoju uczniów?”, dyrektorzy zaczynają pytać: „jak to wpłynie na średni wynik egzaminu?”. W efekcie rankingi szkół zaczynają wypierać cele reform edukacyjnych i stają się niepisanym centrum systemu motywacyjnego.
Trzeba też uwzględnić psychologię: dyrektor szkoły publicznej często nie ma premii finansowej za miejsce w rankingu. Motywują go jednak prestiż, porównania z sąsiadami, presja organu prowadzącego, oczekiwania rodziców i uczniów. Ranking jest prostym komunikatem: „jesteś dobry” lub „jesteś słaby”. A ludzie bardzo silnie reagują na tego typu oceny, szczególnie gdy są publiczne.
Jak powstają rankingi i dlaczego to ma znaczenie
Większość popularnych rankingów szkół opiera się na kilku podstawowych źródłach danych: wynikach egzaminów zewnętrznych (ósmoklasisty, maturalnego, egzaminów zawodowych), sukcesach w olimpiadach i konkursach, czasem na dodatkowych kryteriach, jak np. współpraca międzynarodowa czy oferta zajęć dodatkowych. Kluczowe znaczenie mają jednak suche wyniki egzaminów.
Ten sposób tworzenia rankingu ma kilka konsekwencji:
- preferuje szkoły selekcyjne, które przyjmują już na starcie uczniów o wysokich wynikach,
- ignoruje „wartość dodaną” – czyli to, jak bardzo szkoła rozwija uczniów w stosunku do punktu wyjścia,
- pomija kompetencje miękkie, klimat szkoły, bezpieczeństwo, współpracę z rodzicami,
- sprzyja działaniom „pod egzamin”, kosztem pełniejszej realizacji podstawy programowej.
Jeżeli ranking nagradza tylko wynik końcowy, to system w naturalny sposób przesuwa się w kierunku treningu egzaminacyjnego. Reformy, które próbują wprowadzić np. większy nacisk na kompetencje kluczowe, współpracę, projekty, ocenianie kształtujące, zaczynają przegrywać, bo nie przekładają się wprost na punkty rankingowe.
Reformy a rzeczywistość rankingowa – konflikt interesów
Reformy edukacyjne w Polsce często deklarują takie cele, jak indywidualizacja nauczania, dobrostan psychiczny uczniów, kompetencje przyszłości, współpraca ze środowiskiem lokalnym. Tymczasem rankingi szkół mierzą przede wszystkim łatwo mierzalne wyniki testów. Dyrektor staje więc między młotem a kowadłem: z jednej strony wizja reformy i zalecenia ministerstwa, z drugiej – twarda ocena w rankingu, którą codziennie interesują się rodzice.
W praktyce oznacza to, że:
- ideały reform schodzą na dalszy plan, jeśli mogą pogorszyć wynik egzaminu,
- nowe rozwiązania wdraża się tylko wtedy, gdy nie zagrażają miejscom w rankingach,
- dyrektorzy, którzy naprawdę chcieliby uczyć inaczej, boją się „politycznych” konsekwencji słabszych wyników.
W ten sposób rankingi szkół stają się nieformalnym regulatorem reform. Nawet rozsądnie zaprojektowana zmiana może zostać zneutralizowana przez logikę „punktów, średnich i wskaźników”, jeśli nie będzie wsparta innym systemem oceny jakości szkoły niż prosty ranking mediów.
Mechanizmy, przez które rankingi wypaczają cele reform
Selekcja uczniów zamiast pracy z każdym
Jednym z największych zniekształceń wywoływanych przez rankingi jest ukryta lub jawna selekcja uczniów. Szkoła, która chce utrzymać wysoką pozycję, zaczyna myśleć kategoriami „dobry kandydat” – „słaby kandydat”. Zamiast pytać, jak pomóc dziecku się rozwinąć, dyrektor zastanawia się, czy jego przyjęcie nie obniży średniej egzaminacyjnej za kilka lat.
Efekty są widoczne w praktyce:
- nieformalne progi punktowe przy rekrutacji, wyższe niż wymagane przez system,
- niechęć do przyjmowania uczniów z opiniami PPP lub orzeczeniami, jeśli wymagają większego wsparcia,
- zniechęcanie „słabszych” uczniów do wybierania klas o wysokich wymaganiach (np. matematyczno-fizycznych).
W skrajnych przypadkach obserwuje się praktyki polegające na kierowaniu uczniów „słabo rokujących” do innych szkół lub profili przed egzaminami końcowymi, tak aby nie „zepsuli” statystyk. Jest to zupełnie sprzeczne z deklarowanym w reformach celem włączającej, równościowej edukacji.
Testocentryzm i zawężanie nauczania
Drugim mechanizmem jest zawężanie procesu nauczania do tego, co jest mierzone w egzaminach zewnętrznych. Rankingi szkół opierają się w przeważającej mierze na wynikach testów, więc ogromna część energii szkoły jest inwestowana w przygotowanie do nich. Powstaje testocentryzm – szkoła kręci się wokół arkuszy, repetytoriów, próbnych egzaminów.
Dla dyrektora oznacza to konieczność organizowania:
- serii próbnych egzaminów, często kosztem innych godzin dydaktycznych,
- dodatkowych zajęć „ćwiczeniowych” z kluczowych przedmiotów egzaminacyjnych,
- analiz wyników na poziomie pojedynczych zadań, aby uczyć pod typ arkusza.
Tracą na tym przedmioty nieegzaminacyjne, takie jak plastyka, muzyka, WOS w szkołach ponadpodstawowych, a także projekty międzyprzedmiotowe. Uczniowie uczą się rozwiązywać testy, ale rzadziej mają szansę na głębokie rozumienie zagadnień, twórcze myślenie, współpracę czy pracę projektową. Reforma może postulować rozwój kompetencji kluczowych, lecz ranking rozlicza dyrektora z wyniku testu.
Marginalizacja dobrostanu psychicznego uczniów
Cele reform edukacyjnych coraz częściej mówią o dobrostanie, zdrowiu psychicznym, ograniczaniu stresu i przeciążenia uczniów. Rankingi szkół w ogóle tego nie mierzą. W rankingach nie ma kolumny „poziom wypalenia uczniów” ani „liczba interwencji psychologicznych”. Dyrektor, który chce zadbać o bardziej zrównoważone tempo nauki, może zobaczyć w tym ryzyko dla wyników.
Konsekwencje są łatwe do zauważenia:
- uczniowie ostatnich klas są przeciążeni dodatkowymi zajęciami i próbami egzaminów,
- szkoła rzadko odważa się na redukcję prac domowych przed egzaminami,
- temat odpoczynku i regeneracji bywa spychany na margines, bo „nie ma na to czasu”.
W dłuższej perspektywie prowadzi to do wzrostu poziomu stresu, presji, a czasem zaburzeń lękowych u młodzieży. Jeśli reforma wprowadza np. większą liczbę godzin wychowawczych lub działania profilaktyczne, dyrektor bywa rozdarty: czy przeznaczyć czas na te działania, czy raczej na kolejne powtórki arkuszy? Ranking nie nagrodzi go za lepszy klimat szkoły, więc pokusa rezygnacji z zajęć „niemierzalnych” jest bardzo silna.

Praca dyrektora szkoły w cieniu tabel i statystyk
Dyrektor między wizją pedagogiczną a presją wyniku
Dobry dyrektor szkoły powinien być liderem pedagogicznym: mieć wizję wychowania i kształcenia, troszczyć się o rozwój nauczycieli, dbać o relacje w społeczności szkolnej. Rzeczywistość rankingowa wymusza jednak rolę menedżera wyniku egzaminacyjnego. Nawet jeśli dyrektor prywatnie uznaje, że nie wszystko da się sprowadzić do punktów, wie, że z tego jest rozliczany przez otoczenie.
To przekłada się na codzienną praktykę zarządzania:
- nadmiernie akcentowane są analizy wyników i porównania między klasami,
- ocena pracy nauczyciela coraz częściej opiera się na wynikach egzaminacyjnych uczniów,
- projekty rozwojowe, które nie dają szybkiego efektu w statystykach, są odstawiane na później.
Dyrektor, który chciałby wprowadzić bardziej innowacyjne, wymagające czasu metody pracy (np. ocenianie kształtujące, projekty międzyprzedmiotowe, tutoring), musi liczyć się z pytaniem władz samorządowych: „a jak to wpłynie na wyniki egzaminów?”. Jeśli odpowiedzią jest: „w krótkiej perspektywie mogą spaść”, entuzjazm otoczenia maleje.
Relacje z organem prowadzącym i kuratorium
Samorządy, które finansują szkoły, oraz kuratoria oświaty, które je nadzorują, również śledzą rankingi. Dla burmistrza, prezydenta miasta czy wójta miejsce lokalnej szkoły w ogólnopolskim zestawieniu bywa istotnym elementem wizerunkowym. Z tego powodu dyrektor otrzymuje nieformalne, ale czytelne komunikaty: „wyniki muszą być dobre”.
W praktyce oznacza to:
- spotkania po ogłoszeniu wyników egzaminów w celu rozliczania dyrektorów,
- porównywanie szkół między sobą wyłącznie na podstawie średnich,
- oczekiwanie „planów naprawczych” w sytuacji niższych wyników.
Kuratoria dodatkowo prowadzą analizy EWD i innych wskaźników, ale przekaz, który przebija się do opinii publicznej, to i tak surowy wynik egzaminu. W takiej atmosferze dyrektorzy zaczynają traktować wynik jako główny wskaźnik jakości. Nawet jeśli wewnętrznie czują, że to zbyt wąska perspektywa, trudno im z nią dyskutować, bo ranking jest „obiektywny”, liczbowy, łatwo komunikowalny.
Dyrektor jako strażnik statusu szkoły
W środowisku lokalnym dyrektor szkoły jest nie tylko menedżerem, ale też twarzą placówki. Rankingi szkół budują lub niszczą reputację. Wysokie miejsce to powód do dumy, niskie – do krytyki, często bardzo emocjonalnej. Dyrektor staje się więc strażnikiem statusu szkoły, co wpływa na jego decyzje strategiczne i taktyczne.
Można dostrzec kilka typowych zjawisk:
- konserwatyzm programowy – unikanie ryzykownych zmian, nawet jeśli reformy je sugerują,
- ostrożność personalna – niechęć do przyjmowania nauczycieli, którzy uczą inaczej, ale bez udokumentowanych „wyników”,
- „PR zamiast dialogu” – większa troska o komunikaty na stronie szkoły niż o realne wsparcie nauczycieli i uczniów.
Dyrektor, który broni się przed spadkiem w rankingu, może np. odsunąć na bok pomysł wprowadzenia innowacyjnych metod z języka polskiego, jeśli istnieje ryzyko, że w pierwszym roku wyniki z egzaminu ósmoklasisty lub matury będą niższe. W ten sposób cele reform – otwartość na zmiany, unowocześnianie dydaktyki – przegrywają z logiką zachowania statusu.
Jak rankingi wpływają na realizację konkretnych reform
Reformy programowe a uczenie „pod podstawę egzaminacyjną”
Przy każdej większej zmianie podstawy programowej deklarowanym celem jest zwykle lepsze dopasowanie treści do potrzeb uczniów i wyzwań przyszłości. W pewnym momencie wprowadza się też modyfikacje w egzaminach zewnętrznych. Problem w tym, że szkoły szybko odczytują, co „naprawdę się liczy”: to, co wejdzie do arkusza.
Z tego powodu:
- z obszernej podstawy programowej wybiera się w praktyce tylko te treści, które pojawiają się w zadaniach,
- tematy „nieegzaminacyjne” są skracane lub realizowane powierzchownie,
- zmiany, które miały poszerzyć horyzont uczniów, spłaszczają się do formy „jak rozpoznać typowe zadanie”.
Jeśli reforma zakłada większy nacisk na interpretację tekstu, praktyczne zastosowanie matematyki czy krytyczne myślenie, ale arkusz egzaminacyjny premiuje schematyczne rozwiązywanie zadań, szkoły wybierają to drugie. Ranking nagradza strategie, które maksymalizują punktację w krótkim czasie, a nie te, które rozwijają głębsze kompetencje.
Reforma oceniania a tradycyjna „średnia” jako waluta
W ostatnich latach pojawiały się liczne rekomendacje, by odchodzić od oceniania czysto sumującego na rzecz oceniania kształtującego. Chodzi o to, by uczeń otrzymywał informację zwrotną, a nie tylko stopnie, i by proces nauki był ważniejszy niż pojedynczy sprawdzian. Równolegle rankingi szkół wciąż karmią się średnimi wyników egzaminów i konkursów.
W praktyce:
- nauczyciele czują, że stopnie i punkty „rządzą”, bo to one zasilają rekrutację i ranking,
- próby rezygnacji z części ocen cząstkowych budzą opór rodziców, przyzwyczajonych do liczb,
- na zebraniach dominują rozmowy o przygotowaniach do egzaminu, a nie o rozwoju społecznym czy emocjonalnym uczniów,
- dyrektor otrzymuje maile i uwagi w stylu: „inne szkoły mają więcej godzin powtórkowych, my też musimy”,
- rodzice naciskają, by „nie eksperymentować” z metodami nauczania w klasach egzaminacyjnych.
- ustawianie progów rekrutacyjnych na poziomie, który de facto odsiewa uczniów z większymi trudnościami,
- zachęcanie rodziców „słabszych” uczniów do zmiany szkoły przed egzaminem – pod pozorem „lepszego dopasowania oferty”,
- tworzenie klas „olimpijskich” i „zwykłych”, z nieformalnym przekazem, że to pierwsze „robią wynik szkoły”.
- projekty międzyprzedmiotowe są ograniczane do „okresów po egzaminie”,
- nauczyciele rezygnują z większych eksperymentów w klasach ósmych czy maturalnych, zostawiając je co najwyżej młodszym rocznikom,
- dyrektorzy wstrzymują programy pilotażowe, jeśli nie mają gwarancji, że nie odbiją się one na krótkoterminowej punktacji.
- nauczyciele języka polskiego, matematyki czy języka obcego są częściej rozliczani i jednocześnie częściej nagradzani za „dobrą średnią”,
- pedagodzy, psychologowie oraz nauczyciele przedmiotów artystycznych czują się mniej doceniani, bo ich praca nie przekłada się bezpośrednio na ranking,
- współpraca między przedmiotami staje się trudniejsza, jeśli część zespołu postrzega siebie jako „tych, od których wszystko zależy”.
- w drugiem półroczu kalendarz imprez, wycieczek i projektów jest często „czyszczony” dla klas egzaminacyjnych,
- sale najlepiej wyposażone (np. z tablicami interaktywnymi) są rezerwowane przede wszystkim na zajęcia z przedmiotów egzaminacyjnych,
- dni adaptacyjne, integracyjne czy profilaktyczne są skracane lub przenoszone, aby „nie wypaść z rytmu przygotowań”.
- strony internetowe szkół i profile w mediach społecznościowych eksponują głównie sukcesy egzaminacyjne i konkursowe,
- działania długofalowe – praca wychowawcza, projekty wolontariackie, programy wsparcia psychologicznego – są słabiej widoczne, bo trudno je „ubrać” w prostą tabelkę,
- dyrektorzy uczą się języka „PR-owego”, co czasem oddala ich od szczerego dialogu ze społecznością szkoły.
- „mocne” szkoły przyciągają kolejnych ambitnych uczniów i zaangażowanych rodziców,
- „słabsze” placówki tracą tych, którzy mogliby być ich „lokomotywą”,
- samorządy chętniej inwestują w szkoły z dobrym wynikiem, bo łatwiej to pokazać jako sukces polityczny.
- większe wykorzystanie wskaźników edukacyjnej wartości dodanej (EWD), które uwzględniają przyrost umiejętności uczniów, a nie tylko surowy wynik,
- tworzenie rankingów tematycznych, np. szkół z najlepszymi praktykami w obszarze dobrostanu uczniów, współpracy z rodzicami czy edukacji włączającej,
- ograniczenie roli rankingów w oficjalnych dokumentach samorządowych i komunikacji władz z dyrektorami, tak aby nie były one „jedynym” wskaźnikiem jakości,
- wzmacnianie kultury ewaluacji wewnętrznej w szkołach – tak, by dyrektor miał do dyspozycji bogatszy zestaw danych o funkcjonowaniu placówki niż tylko miejsce w zewnętrznym zestawieniu.
- różnicowania dodatków motywacyjnych dla dyrektorów,
- publicznego chwalenia lub zawstydzania szkół na sesjach rady gminy,
- formułowania oczekiwań typu „w przyszłym roku musicie awansować o X miejsc”.
- wyniki anonimowych ankiet dotyczących dobrostanu uczniów,
- informacje o liczbie godzin zajęć dodatkowych niezwiązanych z testami,
- przykłady projektów społecznych czy artystycznych.
- propozycje „przekierowania” ucznia z dużymi trudnościami do innej placówki, gdzie – jak się mówi – „będzie miał spokojniejsze tempo”,
- sugestie wobec rodziców, by nie zgłaszali dziecka z niepełnosprawnością do szkoły, która „akurat ma bardzo wymagający rocznik”,
- nieformalne naciski, aby nie klasyfikować uczniów z niskimi wynikami do udziału w konkursach, które mogłyby obniżyć średnią.
- spadek liczby konfliktów rówieśniczych zgłaszanych do pedagoga,
- wzrost uczestnictwa w kołach zainteresowań,
- realizacja określonej liczby projektów międzyprzedmiotowych w roku.
- spadku gotowości nauczycieli do podejmowania nowych ról (koordynowanie projektów, innowacje programowe),
- wzrostu absencji chorobowej w okresach największej presji egzaminacyjnej,
- trudności z rekrutacją młodych nauczycieli do szkół o „wysokich wymaganiach rankingowych”.
- sieci współpracy dyrektorów, w których można bez lęku rozmawiać o dylematach związanych z rankingami i wymieniać się strategiami ich oswajania,
- szkolenia i superwizje skoncentrowane nie na „podnoszeniu wyników”, lecz na budowaniu zespołu, komunikacji z rodzicami i zarządzaniu zmianą,
- wspólne projekty szkół, w których punktem odniesienia są cele wychowawcze czy społeczne, a nie miejsce w tabeli.
- Rankingi szkół działają jak nieformalny regulator systemu edukacji – silniej wpływają na decyzje dyrektorów niż oficjalne cele reform.
- Oparcie rankingów głównie na wynikach egzaminów premiuje szkoły selekcyjne, ignoruje „wartość dodaną” i pomija rozwój kompetencji miękkich oraz klimat szkoły.
- W praktyce reforma przegrywa z logiką rankingu: dyrektorzy wdrażają nowe rozwiązania tylko wtedy, gdy nie zagrażają one wynikom egzaminów i pozycji szkoły.
- Rankingi sprzyjają selekcji uczniów – szkoły unikają kandydatów mogących obniżyć średnie wyniki, co stoi w sprzeczności z ideą edukacji włączającej i równościowej.
- Testocentryzm wypierający szersze cele kształcenia powoduje zawężenie nauczania do treści egzaminacyjnych kosztem przedmiotów nieegzaminacyjnych i pracy projektowej.
- Presja rankingowa generuje silną motywację prestiżową i społeczną wobec dyrektorów, mimo braku bezpośrednich premii finansowych, co wzmacnia podporządkowanie szkoły wskaźnikom.
Presja rodziców i uczniów na „miejsce w tabeli”
Rankingi silnie wpływają na oczekiwania rodziców. W rozmowach z dyrektorem coraz częściej pojawiają się pytania nie o klimat szkoły, ale o „pozycję w powiecie” czy „średni wynik z egzaminu”. Rodzice, którzy śledzą zestawienia, przenoszą tę logikę do codziennej współpracy ze szkołą.
Skutki widać w wielu obszarach:
Uczniowie również zaczynają patrzeć na szkołę przez pryzmat rankingu. W liceach częste są komentarze: „nasze LO spadło, to znaczy, że jesteśmy słabsi”. Samoocena młodzieży miesza się z pozycją placówki, co potęguje presję. Dyrektor, zamiast wspierać uczniów w budowaniu realistycznej motywacji, bywa zmuszony do gaszenia lęków podsycanych przez tabelki w mediach.
Selekcja uczniów jako ukryta strategia „poprawy wyników”
Gdy ranking staje się kluczowym punktem odniesienia, naturalną – choć rzadko nazywaną wprost – strategią jest selekcja uczniów. Szkoły szukają sposobów, by przyjmować lub utrzymywać przede wszystkim tych, którzy dobrze wypadną na egzaminach.
Może to przybierać różne formy:
W skrajnych sytuacjach dyrektorzy spotykają się z oczekiwaniem, by ograniczać liczebność klas tam, gdzie jest więcej uczniów z opiniami poradni, bo „obniżają średnią”. Reforma może w tym samym czasie mówić o włączaniu dzieci z niepełnosprawnościami czy specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w nurt edukacji ogólnodostępnej. Gdy jednak ranking premiuje jednolite, „mocne” roczniki, integracja staje się w oczach części środowiska ryzykiem dla pozycji szkoły.
Innowacje pedagogiczne w konflikcie z logiką rankingów
Wielu dyrektorów deklaruje chęć wprowadzania nowoczesnych rozwiązań: pracy metodą projektu, odwróconej klasy, edukacji włączającej czy oceniania bez stopni w młodszych klasach. Gdy jednak szkoła funkcjonuje w cieniu rankingu, każda innowacja musi przejść test pytania: „a co z wynikiem egzaminu?”.
Stąd biorą się częste blokady:
Przykładowo: szkoła planuje wprowadzić większy nacisk na kompetencje cyfrowe i pracę zespołową na matematyce. Nauczyciele widzą w tym sens, ale obawiają się, że przez kilka miesięcy poświęconych na nowe formy pracy będzie mniej czasu na „przerabianie typów zadań”. W atmosferze rankingowej dyrektor rzadko ma odwagę poprzeć takie zmiany w klasie egzaminacyjnej, mimo że reformy programowe właśnie tego typu kompetencje wskazują jako kluczowe.
Napięcia w gronie pedagogicznym
Rankingi nie tylko wpływają na relacje dyrektor–otoczenie, ale też na wewnętrzny klimat w pokoju nauczycielskim. Gdy wynik egzaminu staje się głównym wskaźnikiem „sukcesu”, łatwo o podziały na „przedmioty egzaminacyjne” i „resztę”.
Widać to w codziennych sytuacjach:
Dyrektor, chcąc utrzymać wysoki wynik, bywa skłonny bardziej premiować tych nauczycieli, których przedmioty „wchodzą do testu”. To z kolei podkopuje przesłanie wielu reform, które mówią o szkole jako całościowym środowisku rozwoju ucznia, a nie zlepku kilku „ważnych” przedmiotów i kilku „dodatków”.
Zarządzanie czasem i przestrzenią szkoły pod dyktando egzaminów
Szkoła dysponuje ograniczonym czasem i przestrzenią: planem lekcji, salami, korytarzami, boiskami. Gdy ranking premiuje wynik egzaminu, te zasoby zaczynają być podporządkowane głównie przygotowaniom do testów.
Można to zauważyć w organizacji roku szkolnego:
Reformy mówią o szkole jako miejscu życia, relacji i współpracy z lokalną społecznością, a realnie – od pewnego momentu roku – duża część energii jest przekierowana na organizowanie kolejnych próbnych egzaminów i konsultacji. Dyrektor, planując kalendarz, ma z tyłu głowy nie tyle pytanie, jakie doświadczenia da uczniom, ile: „czy zdążymy powtórzyć cały materiał do kwietnia?”.
Wizerunek szkoły w przestrzeni medialnej
Publikacja rankingów wiąże się z intensywną obecnością szkół w mediach lokalnych i społecznościowych. Dyrektor staje przed zadaniem zarządzania komunikacją: czy i jak chwalić się miejscem w zestawieniu, jak tłumaczyć spadki, jak odpowiadać na komentarze rodziców i uczniów.
Ta logika prowadzi do kilku zjawisk:
Jeżeli szkoła awansuje w rankingu, presja wzrasta: „teraz trzeba utrzymać pozycję”. Dyrektor odczuwa konieczność podtrzymania tego wizerunku, co może skutkować kolejnymi decyzjami „pod wynik”, a niekoniecznie „pod człowieka”. Z kolei szkoły z niższych miejsc bywają w mediach lokalnych przedstawiane w uproszczony sposób jako „słabsze”, bez uwzględnienia ich specyfiki, pracy z trudniejszym środowiskiem czy sukcesów w obszarach niewidocznych w rankingu.
Nierówności edukacyjne wzmacniane przez rankingi
Rankingi rzadko biorą pod uwagę kontekst społeczno-ekonomiczny uczniów. Szkoła w dużym mieście, z silnym zapleczem kulturowym i rodzicami inwestującymi w korepetycje, z natury ma większe szanse na dobry wynik niż mała placówka z terenu wiejskiego. Mimo tego w zestawieniach obie są porównywane przy użyciu tych samych wskaźników.
Efektem jest spirala nierówności:
Dyrektor szkoły funkcjonującej w trudniejszym środowisku często robi bardzo wiele, by realizować cele reform: budować relacje, przeciwdziałać wykluczeniu, organizować wsparcie dla rodzin. Tego jednak w rankingach nie widać. W oczach części opinii publicznej taka szkoła jest po prostu „słaba”, a jej dyrektor – „nieskuteczny”.
Możliwe kierunki zmiany logiki rankingów
Problem nie polega wyłącznie na samym istnieniu rankingów, lecz na sposobie ich konstruowania oraz interpretowania. Dyrektorzy i środowiska eksperckie od lat wskazują kilka kierunków, które mogłyby ograniczyć destrukcyjny wpływ tabel na cele reform.
Wśród częściej dyskutowanych rozwiązań pojawiają się m.in.:
Zmiana logiki rankingów nie nastąpi z dnia na dzień. Dyrektorzy, którzy chcą łączyć realizację reform z rozsądnym podejściem do wyników, potrzebują wsparcia: władz samorządowych, kuratoriów, środowisk akademickich i samych rodziców. Dopiero wtedy presja tabel przestanie wypaczać sens zmian, a zacznie być jednym z wielu elementów obrazu szkoły, a nie jego dominującym filtrem.
Rola organu prowadzącego i nadzoru pedagogicznego
Choć rankingi tworzą głównie media i podmioty komercyjne, to sposób, w jaki reagują na nie samorządy oraz kuratoria, w dużej mierze przesądza o zachowaniach dyrektorów. Jeżeli organ prowadzący podczas rozmów ewaluacyjnych koncentruje się przede wszystkim na miejscu w tabeli, wysyła jasny sygnał: „to jest dla nas kluczowe”.
W praktyce bywa różnie. W części gmin i powiatów wynik egzaminacyjny staje się podstawą do:
Takie podejście wzmacnia logikę rywalizacji i spycha na margines inne cele polityki oświatowej, choćby rozwijanie oferty wsparcia psychologiczno-pedagogicznego czy lokalnych programów profilaktycznych. Dyrektor, który chciałby zainwestować środki i czas w obszary „miękkie”, naraża się na zarzut, że „nie pilnuje wyników”.
Inaczej wygląda sytuacja tam, gdzie samorząd buduje z dyrektorami relację partnerską. Zamiast krótkiego pytania o wynik egzaminu, pojawia się rozmowa o strukturze uczniów, rotacji kadry, lokalnych problemach społecznych. Miejsce w rankingu jest jednym z elementów układanki, a nie punktem wyjścia do oceny całej pracy szkoły. W takim otoczeniu łatwiej łączyć cele reform z mądrze rozumianą troską o jakość nauczania.
Rodzice między tabelą a doświadczeniem dziecka
Rodzice coraz częściej korzystają z rankingów przy wyborze szkoły. Dla wielu z nich tabela jest pierwszym filtrem, który pozwala „odsiać” placówki uznawane za słabsze. Dyrektorzy dobrze o tym wiedzą i próbują dopasować komunikację do tych oczekiwań.
Na spotkaniach rekrutacyjnych często dominują slajdy z wykresami, miejscem w rankingu, listą olimpijczyków. Znacznie mniej czasu poświęca się rozmowie o tym, jak wygląda typowy dzień ucznia, jaki jest system wsparcia psychologicznego, w jaki sposób szkoła reaguje na konflikty w klasach. Rodzic wychodzi z poczuciem, że „szkoła jest dobra, bo ma wysoki wynik”, ale niewiele wie o kulturze organizacyjnej placówki.
Niektórzy dyrektorzy próbują przełamać ten schemat. Obok danych egzaminacyjnych pokazują:
Takie podejście wymaga jednak odwagi, bo zawsze pojawi się pytanie: „a jak to się przekłada na wyniki?”. Jeśli lokalna debata publiczna sprowadza się do porównywania miejsc w rankingu, rodzice również uczą się patrzeć na szkoły przez ten pryzmat. Dyrektor, który chciałby przekierować uwagę na codzienność i relacje, płynie pod prąd dominującej narracji.
Etyczne dylematy dyrektora
Kiedy presja rankingowa jest silna, zarządzający szkołami stają przed dylematami, których nie widać w oficjalnych dokumentach. Chodzi o wybory z pogranicza etyki, prawa i pragmatyki.
Przykłady takich sytuacji są dość powtarzalne:
Formalnie wszystko wygląda poprawnie: szkoła działa zgodnie z przepisami, uczniowie mają zapewnioną edukację. Jednak sposób, w jaki dyrektor rozkłada akcenty – komu poświęca więcej uwagi, jakie komunikaty wysyła zespołowi – wpływa na kulturę całej instytucji. Jeśli najważniejszym pytaniem jest „jak to wpłynie na wynik?”, prędzej czy później zaczyna brakować miejsca na pytania o dobro poszczególnego dziecka.
Dyrektorzy mówią niekiedy wprost, że czują się zmuszani do „trudnych kompromisów”. Z jednej strony etos zawodu, prawo oświatowe i cele reform, z drugiej – ranking, oczekiwania samorządu, opinia rodziców. W takiej konfiguracji nawet osoby z silnym kręgosłupem wartości mogą wchodzić w szarą strefę decyzji, których w innych warunkach by nie podjęły.
Strategie minimalizowania presji rankingowej w codziennym zarządzaniu
Mimo niesprzyjających okoliczności wielu dyrektorów próbuje budować praktyki, które chronią szkołę przed skutkami „kultu tabeli”. Nie chodzi o ignorowanie wyników, lecz o mądre ich osadzanie w szerszym obrazie.
W codziennym zarządzaniu pomagają zwłaszcza trzy typy działań.
Po pierwsze, tworzenie alternatywnych wskaźników sukcesu szkoły. Zespół – razem z radą rodziców i uczniami – może ustalić, co poza wynikami egzaminów będzie uznawane za sukces. Mogą to być na przykład:
Po drugie, konsekwentne wzmacnianie przedmiotów „nieegzaminacyjnych”. Dyrektor może w regulaminach nagradzania wyraźnie zapisać, że osiągnięcia w obszarze wychowania, kultury, sportu czy edukacji obywatelskiej są traktowane na równi z sukcesami egzaminacyjnymi. Może też dbać o to, by podczas uroczystości szkolnych i w komunikacji zewnętrznej pojawiały się różnorodne przykłady działań uczniów, a nie tylko informacje o egzaminach.
Po trzecie, wprowadzanie przejrzystej narracji wobec rodziców i uczniów. Gdy dyrektor na zebraniach jasno mówi, że szkoła będzie dbała o wyniki, ale nie kosztem zdrowia psychicznego czy uczciwości oceniania, część presji spada. Nie zniknie całkowicie, ale przynajmniej nie będzie tabuizowana – łatwiej wtedy wspólnie szukać rozwiązań, zamiast udawać, że ranking „nas nie dotyczy”.
Perspektywa nauczycieli – wypalenie a oczekiwania egzaminacyjne
Jednym z efektów ubocznych obsesji rankingowej jest rosnące zmęczenie kadry. Nauczyciele przedmiotów egzaminacyjnych funkcjonują w trybie niemal ciągłej mobilizacji: kolejne próbne testy, analizy wyników, plany naprawcze, dodatkowe zajęcia. Takie tempo trudno utrzymać przez wiele lat bez konsekwencji dla zdrowia i motywacji.
Część nauczycieli opisuje swoją pracę w klasach ósmych czy maturalnych jako „ciągłe przerabianie arkuszy”. Nawet ci, którzy chcieliby stosować metody aktywizujące, czują się ściągani w dół przez oczekiwania uczniów i rodziców: „proszę robić zadania jak na egzaminie, tylko to się liczy”. Dyrektor, nastawiony na utrzymanie pozycji w rankingu, nierzadko wzmacnia ten przekaz, nieświadomie ograniczając przestrzeń na twórczość dydaktyczną.
W dłuższej perspektywie prowadzi to do zjawisk, które trudno uchwycić w tabelach:
Dyrektor, który chce realnie wdrażać reformy, musi brać ten czynnik pod uwagę. Nawet najlepsze rozwiązania programowe nie zadziałają, jeśli kadra jest przeciążona i funkcjonuje głównie w trybie gaszenia pożarów związanych z egzaminami. Czasem jednym z najbardziej prorozwojowych ruchów jest świadome ograniczenie liczby próbnych testów na rzecz pracy warsztatowej czy superwizji dla nauczycieli.
Uczeń jako „projekt egzaminacyjny” czy podmiot edukacji?
Gdy szkoła mocno kieruje się logiką rankingów, zmienia się sposób mówienia o uczniach. Zamiast opisu ich zainteresowań, potencjału czy trudności, coraz częściej pojawiają się etykiety typu „mocny z matmy”, „ciągnie polski w dół”, „z nim trzeba dużo popracować, bo psuje statystykę”. Takie sformułowania, powtarzane na radach pedagogicznych, nie pozostają bez wpływu na praktykę.
W konsekwencji część uczniów jest traktowana jak „inwestycja rankingowa”. Otrzymują więcej uwagi, zaproszenia na dodatkowe zajęcia, opiekę przygotowującą do olimpiad czy konkursów. Inni – ci, którzy nie rokują na „wysokie punkty” – szybciej słyszą, że powinni „po prostu spokojnie zdać”. O ile różnicowanie wsparcia w oparciu o diagnozę edukacyjną ma sens, o tyle różnicowanie w oparciu o potencjalny wpływ na wynik szkoły wypacza ideę równego dostępu do edukacji.
Dyrektorzy, którzy dostrzegają to zagrożenie, starają się zmieniać język i praktykę rad pedagogicznych. Zamiast pytania „jak poprawić wyniki tej klasy?”, pada pytanie „czego potrzebują konkretni uczniowie i jak możemy to zorganizować?”. Prosta zmiana perspektywy powoduje, że rozmowa przestaje krążyć wokół tabel, a zaczyna dotyczyć procesów uczenia się, relacji w klasie, zasobów rodzinnych.
Jak wspierać dyrektorów w odzyskiwaniu sensu pracy szkoły
Dyrektor, który próbuje nie ulec presji rankingowej, działa często w rozproszeniu – sam, najwyżej z kilkoma sojusznikami w radzie pedagogicznej. Aby cele reform miały realną szansę przeważyć nad logiką rywalizacji, potrzebne są szersze formy wsparcia.
Szczególnie pomocne okazują się:
Tam, gdzie takie inicjatywy działają, widać powolną zmianę narracji. Rozmowy o egzaminach nie znikają, ale przestają dominować. Dyrektorzy zaczynają głośno artykułować, że ich misją nie jest wyłącznie dowiezienie określonej średniej, lecz tworzenie środowiska, w którym różni uczniowie mogą znaleźć dla siebie miejsce. Rankingi pozostają, lecz tracą moc wyznaczania jedynego kierunku wysiłków całej szkoły.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Czy rankingi szkół naprawdę wpływają na decyzje dyrektorów?
Tak. W praktyce miejsce szkoły w rankingu często staje się ważniejsze niż zapisy reform czy oficjalne wytyczne. Dyrektorzy wiedzą, że rodzice, samorząd i media patrzą przede wszystkim na pozycję szkoły w tabelach, więc wiele decyzji podejmowanych jest z myślą o utrzymaniu lub poprawie wyniku rankingowego.
W efekcie zamiast pytać „czy to służy rozwojowi uczniów?”, dyrektorzy coraz częściej pytają „jak to wpłynie na średni wynik egzaminu?”. To przesuwa punkt ciężkości z jakości procesu nauczania na mierzalny rezultat testowy.
Dlaczego rankingi szkół są uznawane za niesprawiedliwe?
Większość rankingów opiera się niemal wyłącznie na wynikach egzaminów zewnętrznych oraz sukcesach w olimpiadach. Faworyzuje to szkoły selekcyjne, które przyjmują już na starcie uczniów z bardzo wysokimi wynikami. Nie uwzględnia się tzw. edukacyjnej wartości dodanej, czyli tego, ile szkoła faktycznie „dokłada” do rozwoju ucznia.
Rankingi pomijają też elementy kluczowe dla jakości edukacji, takie jak klimat szkoły, bezpieczeństwo, wsparcie psychologiczne, współpraca z rodzicami czy rozwój kompetencji miękkich. Szkoły, które dobrze pracują z uczniami o słabszym starcie, często wypadają w takich zestawieniach gorzej niż elitarne placówki z selekcją.
Jak rankingi szkół wypaczają cele reform edukacyjnych?
Reformy zwykle deklarują cele takie jak indywidualizacja nauczania, dobrostan psychiczny uczniów czy rozwój kompetencji przyszłości. Rankingi mierzą jednak głównie to, co łatwo zmierzyć testem: wynik egzaminu. W praktyce oznacza to, że dyrektorzy wdrażają nowe rozwiązania tylko wtedy, gdy nie zagrażają one średnim wynikom.
Jeśli jakaś zmiana – np. więcej pracy projektowej czy zajęć wychowawczych – może obniżyć wynik testu albo zabiera czas na „ćwiczenie arkuszy”, bywa spychana na margines. W ten sposób logika rankingu staje się silniejsza niż założenia samej reformy.
Na czym polega „testocentryzm” w polskiej szkole?
Testocentryzm to sytuacja, w której większość działań szkoły podporządkowana jest przygotowaniu do egzaminów zewnętrznych. Pojawia się wtedy nadmiar próbnych egzaminów, powtórek „pod arkusze” i analiz poszczególnych zadań, kosztem głębszego rozumienia treści i rozwijania szerokich kompetencji.
W takiej szkole tracą na znaczeniu przedmioty nieegzaminacyjne, projekty międzyprzedmiotowe czy działania rozwijające kreatywność i współpracę. Uczniowie uczą się rozwiązywania testów, ale rzadziej mają szansę na twórcze myślenie, krytyczną analizę informacji czy pracę zespołową – mimo że właśnie to akcentują współczesne reformy.
W jaki sposób rankingi szkół wpływają na rekrutację uczniów?
Aby utrzymać wysoką pozycję w rankingach, część szkół zaczyna myśleć kategoriami „opłacalności” przyjmowania uczniów. Pojawiają się nieformalne progi punktowe wyższe niż oficjalne, niechęć do przyjmowania uczniów wymagających większego wsparcia oraz zniechęcanie „słabszych” kandydatów do bardziej wymagających profili klas.
W skrajnych przypadkach szkoły próbują „pozbywać się” uczniów słabiej rokujących przed egzaminami, np. sugerując im zmianę profilu lub placówki. To stoi w sprzeczności z ideą edukacji włączającej i równości szans, mocno podkreślaną w dokumentach reform.
Czy rankingi szkół zwiększają stres i obciążenie uczniów?
Tak, pośrednio przyczyniają się do wzrostu presji. Szkoły, chcąc poprawić wyniki egzaminów, organizują liczne dodatkowe zajęcia, powtarzają materiał, zwiększają liczbę próbnych testów i często nie decydują się na ograniczenie prac domowych. Ostatnie klasy są szczególnie przeciążone przygotowaniami do egzaminów.
Dobrostan psychiczny uczniów nie jest uwzględniany w rankingach, więc dyrektorzy nie mają zewnętrznej „nagrody” za troskę o równowagę między nauką a odpoczynkiem. W konsekwencji działania profilaktyczne czy zajęcia wzmacniające zdrowie psychiczne bywają przegrywane z kolejną powtórką arkuszy egzaminacyjnych.
Jak można ograniczyć negatywny wpływ rankingów szkół na system edukacji?
Jednym z rozwiązań jest tworzenie bardziej zrównoważonych systemów oceny jakości szkoły, które obok wyników egzaminów uwzględniają m.in. edukacyjną wartość dodaną, klimat szkoły, bezpieczeństwo, współpracę z rodzicami czy dobrostan uczniów. Takie podejście zmniejsza presję na „czysty wynik” i pozwala docenić szkoły pracujące z bardzo zróżnicowanymi uczniami.
Ważna jest też zmiana sposobu myślenia rodziców, mediów i organów prowadzących – odejście od prostego pytania „które liceum ma najwyższy wynik?” na rzecz szerszego oglądu: jak szkoła wspiera rozwój każdego ucznia, jakie ma wartości, klimat, ofertę i wyniki w dłuższej perspektywie, a nie tylko w jednym roczniku egzaminacyjnym.






